2010/12/28

cipki z oczami

Kiedy podążam mrocznymi gościńcami galerii – wśród pokątnego handlu smrodami, szmatami i żarciem – nieraz napotykam to, czego się boję, co wisi nade mną i sapie, czai się, wabiąc śmierdzącym kawałkiem Pont-l'Évêque.

Prawdziwych rycerzy policzysz na palcach. Kryją się przed tłuszczą na samym końcu tramwaju, mdli ich w marketach, mdli ich w dyskotekach, stosują kolorowe blogi do walki z systemem. Cała reszta chadza z kolegami na zakupy, pryska testerami w nadgarstki i wymienia opinie, dopasowuje buty do koloru oczu, profiluje bródki niczym kręgi w zbożu.

Strach ściska mi gardło, kiedy pomyślę, że kiedyś zdybie mnie gładka i pachnąca otchłań, stanę się ofiarą wąsatego akwizytora gejozy. Na moim czole rozgrzanym żelazem wypali znak bestii – ponurą cipkę z ludzkimi oczami.

2010/12/24

lukier na mieście

Śnieg, deszcz i zimo – składniki na lukier idealny. Tańczyliście kiedyś z diabłem w świetle księżyca? Robiliście orła w lukrze? Jestem pewien, że nie.

Metroseksualne społeczeństwo termokubków zalega dziś w domach. Z minuty na minutę pustoszeją ulice. Gdyby nie fakt posiadania rodziny, można by wybrać się na spacer miastem z filmu o śmiertelnym wirusie, który – niestety – wykończył całą ludzkość.

A dziś wieczorem, kiedy tradycyjny niespodziewany gość zadzwoni do drzwi, nie zapomnijmy pogasić świateł i czekać cichuteńko aż sobie pójdzie.

2010/12/16

kurewki na łamach

W przeciągu paru dni natknąłem się w prasie internetowej na dwa niezależne artykuły poruszające ciekawą i pouczającą kwestię zarobków prostytutek w Polsce. Poza zaspokojoną ciekawością oraz niewątpliwym pouczeniem, w mojej głowie zrodziła się także wątpliwość.


Wyłączając złowrogo podświadomą chęć pośredniego nakłonienia młodych, spragnionych pieniędzy kobiet do płatnego kurwienia się lub facetów zasmuconych swoimi związkami do chomikowania odpowiedniej (bo już znanej) sumy na lukrowy czas między ubitymi jak schabowy udami polskiej kurtyzany - co przyświecało autorom tekstów?


Łapy w tym maczał diabeł - to pewne. Ale czy to wszystko? Czy poza faktem, że ten czy ów redaktor, inspirowany czarną mszą lub białą amfetaminą, w napastliwym przypływie weny wypluł z siebie coś takiego ma jakiekolwiek trzeźwe uzasadnienie w rzeczywistości, naturze czy układzie planet?


Coś jest w człowieku takiego, że strach. Że zgrzytanie zębów i ciary po plerach. Nie schodź do piwnicy, dziewczynko, strzeż się szafy, chłopczyku.

2010/12/13

filozofia puchatych czap

Nie ma nic gorszego niż filozofia. Nic gorszego nad poznawanie cudzego zdania, widzimisie, słów spisanych w narkotykowych oparach, nad szklanką denaturatu czy talerzem zieleniny.

Ktoś niedawno próbował mi wmówić, jakież wartości niesie ze sobą poznanie zdania innych – przemyśleń, wniosków i spojrzeń na świat – jako że to rozwija, więc człowiek wykształcony nie powinien cechować się w tej materii ignorancją. Wszystko dlatego, że niejaki Osho zrobił (tej osobie) z mózgu gumofilca już po dwóch rozdziałach jednej ze swoich ksiąg objawionych. Ten sam to Osho, który woził się royce’ami, gardził biedotą, lubił drogie dziwki i bredził o wolności w poczytnym tonie kontrowersji.

Miło, że tyle zagubionych owieczek pragnie marnować czas na zgłębianie wymysłów innych zagubionych owieczek – będzie więcej cennego czasu dla mnie, przestrzeni na chodniku.

Tymczasem aktualną filozofią kobiecej części miasta jest puchata czapa, jakbym trafił w zimne serce Moskwy. Kto nosi kaszkiet, nie jest wykształcony, kto nosi beret, nie jest rozwinięty. Odpadną wam uszy, złapiecie grypsko, wyklną was sąsiadki, odrzucą młodzieńcy.

2010/12/08

filtry

Młoda pani pokazuje się światu, gładka i piękna. Spowijają ją odcienie granatu i szarości, ziarnistość. Światło pada prosto na jej twarz.

- Panią przefiltrowano. Przemielono panią i wepchnięto w kiszkę, że teraz jest pani lśniącą kiełbasą, a nie jakąś tam świnią.
- Tak, tak, chłopcze. Nie martw się, to dla mojego zdrowia.
- Pani bez filtrów ma pryszcze i oczy o brzydkim kolorze.
- Wiem, wiem, chłopcze. Nie martw się, tego nie widać na zdjęciu.
- A świat za panią nie jest granatowy. Jest też raczej zwarty, skądże ta ziarnistość?
- Z dupy, chłopcze. Nie wnikaj, nie pytaj. Tak jest lepiej. Muszę chwytać dzień, póki nie jestem staruchą, której nikt już nie chce robić zdjęć.
- Ale to zdjęcie zrobiła sobie pani sama. Widać ramię ciągnące się z górnego rogu.
- Spieprzaj, gnojku. Z ramienia jest modnie.
- Pani się boi samej siebie, swojego ja. Co by powiedział Coelho?
- Widzę się też w czerni i bieli. Widzę się w różu, choć w różu niebezpiecznie jest się pokazywać. Widzę się na tle oceanu z wiatrem z suszarki we włosach, z kokosem z targu w rękach, z moim mężczyzną w białej koszuli,

opalonego
jak grecki
bóg
wojny.

2010/12/07

ampułki

W bajkowym kurorcie Sharm El Sheikh rekiny pożerają turystów. Palmy, złoty piasek i odgryzione kończyny. Winne są deski surfingowe, kierownictwo, bóg, nieuwaga i ampułki Lorenziniego.


Podróże w nieznane, w egzotyczne raje lub miejsca, po powrocie z których beznadzieję, syf i ubóstwo spina się klamerką „klimatu”, aby obciachu nie było przed kosmopolitycznymi duszą i ciałem znajomymi. Nie mam nic przeciwko ekskursjom, które nie mają wymiaru świecidełek w osobistej galerii n-tego serwisu społecznościowego czy bloga „jestem fajna, fajne ciuchy mam”. Specjalnym ich zwolennikiem też jednak nie jestem.


Mędrcy świata mogliby się postarać i wynaleźć ampułkę na przeczyszczenie – z przeświadczenia, że jest się tym, kogo się udaje. Że wkładając sombrero, chlastając liany wielką maczetą w sercu dżungli czy zlizując cukier z brzegów kieliszka na plaży gorętszej niż piekielne pokoje nadajemy rzeczywistości przedrostek alter- i już nikt nie pamięta, skąd się wzięliśmy, a ślady naszej podróży giną jak kijem po wodzie.


A na tych najsmutniejszych i najbardziej zawziętych czekają – hi hi hi - rekiny.

2010/12/01

arkansas - floryda - polska

Aleśmy ostatnio pesymistyczni. Łaciny (patrz: poprzedni post) powinno się zabronić.

Dla ożywczej odmiany można nadmienić, że w jednodniowym odstępie zmarli Leslie Nielsen i Gabriela Kownacka. Zapalenie płuc na Florydzie, rak mózgu w Polsce. Ciągnąc dalej nić pogodnego tchnienia, na Wyspie Man, na której zima zwykle praktycznie nie istnieje, śnieg sypie od 2 tygodni, linie telefoniczne zamarzają, przez co tamtejszym nomadom kiełkuje w głowach myśl katastroficzna. Cóż, być może zanim wyparujemy od koreańskich atomówek, natura łaskawie sama nas zgładzi.

U-hu-ha, u-hu-ha, idzie a-po-ka-li-psa – jak śpiewała w Gdańsku Lady Gaga.

A na lepszą resztę wieczora - Bill Hicks (rak trzustki, Arkansas):








2010/11/25

od jaja

Ab ovo, wszyscy mamy przesrane. Ci urodzeni w domach z marmurowymi posadzkami, poręczami z kości słoniowej i ci łażący po linoleum, z dwoma zagraconymi pokojami. Nad tymi i tymi wisi kostucha, wojna z Koreą, rozpad małżeński, samotność, zawroty głowy i wymioty.

Ab ovo, nie mamy celu. Naszym celem jest nic. Kto by pomyślał. Nikt. Naszym celem jest zaparzenie wody na herbatę, upranie bielizny, zajęcie się dzieckiem. Prześcigamy się w umiejętnościach nie zauważania nikogo, nie okazywania niczego. Wyjeżdżamy stąd. Na zachód, zachód, zachód. Nic tam nie ma.

Ab ovo, nadajemy sens. Nadajemy z naszych własnych kosmicznych stacji audycje o miłości, o rzeźbieniu w gównie dla nieprzyjemności. Znosimy, nosimy. Syzyf może się od nas uczyć, skurwysyn.

Pewnie jest też coś dobrego. Czai się i rozbłyska co jakiś czas jak epileptyczny stroboskop.

2010/11/22

profesor

Kofeinizacja społeczeństwa - pisał Marcus Lloyds, profesor Uniwersytetu Stanu Michigan - sięgnęła zenitu pod koniec wieku XIX. Potem było już tylko gorzej.


Gdyby poczciwy staruszek (i kolekcjoner ołowianych figurek zakochany w Andersenie) żył do dziś, dysponowałby zapewne pokaźną listą tego typu zenitów i ich przekroczeń. Obok kofeinizacji pojawić by się mogły amerykanizacja, kastracja mentalna, bezguście, zakupizacja, blogizacja, poetyzacja, alkoholizacja, czy szeroko pojęta dupodawacja. Oczywiście, zacny członek stanowego ciała pedagogicznego nie zyskałby dzięki temu nic, prócz etykiety moralizatora i ilościowej zwyżki swoich nic nieznaczących publikacji z dziedziny socjologii.


Pijał kawę w ilościach zastraszających. Chadzał do galerii handlowych, gdzie z milczącą radością witał klimat świąt bożonarodzeniowych już na początku listopada. Brał nadgodziny i sam sprzątał swój uniwersytecki pokój. Nie miał bloga, ale pisał wiersze. Gówniane.


Nic z tego nie wynika, donikąd to nie prowadzi. Profesor nie żyje, niech żyje profesor.


2010/11/15

nina nastasia

Pośpiewajmy sobie pouczające piosenki dla złamanych serc. Albo o klawiszach pianina – że białe są i czarne, a jednak brzmią tak samo. Albo o tym, że tyle twoich słów ciągle w głowie mam. Że mnie zraniłeś. Że put your hands in the air. Że move your body, everybody. O samotnym dniu i jajecznicy. O bólu, nagniotkach i o tym, że żałuję, że cię znałam. Że dzień jest piękny, a każde pokolenie poluje na jelenie. Że czas leczy rany, że fajnie jest pojeździć przez miasto skuterem i przypalić z ziomalami blanta pod trzepaxem.

Wypierdalać.


łukowata droga z lamp

Opacka ciągnie się między parkiem a cmentarzem, zielenią a kamienną szarością, Nilem a Styksem. Zaszyta pod skórą ludzi każe patrzeć na rozkwit, mając rozkład za plecami i patrzeć na rozkład, za plecami mając rozkwit. Nie ma mowy o podobieństwie tych stanów.

Kiedy już zgrzybieję, osamotnieję i będę rozpaczał nad sobą, pił rum z colą do śniadania, chodził o lasce z pozłacaną główką, wyobrażając sobie, jak tłukę nią w tyłek młode dziewczęta, świat stanie się najbardziej niepotrzebnym z gadżetów, a niebiosa sms-em natarczywie obiecującym wygraną – Opacka powróci jak dawno niewidziana, brzydka sąsiadka, pokazać się od jeszcze gorszej strony.

Jeśli to piszę, jeszcze żyję. Może jutro przejedzie mnie walec, spadnie mi na głowę meteoryt. Po zmroku zapalają lampy. Chodnik nie ma końca, skręca lekko, ale nie wiem, co jest dalej. Nie pytaj mnie, bejbe, nie każ odpowiadać. Czekaj na swój zgon, bo nastąpi, jak dwa i dwa to pięć.

2010/11/04

spalić pałac, zdemolować pub

Ludzie wokół mają problemy. Małe apokalipsy, piąstki trzymające za gardło, kolce w trampkach, zgagi moralne i obstrukcje mentalne spowodowane mnogością wyjść, możliwości i obejrzanych seriali o miłości.

He Pah Wo, kronikarz chińskiej dynastii Shang, na kartach księgi pisał:

Cesarz, zebrawszy
ze swoimi córkami wczesne liście wiśni, by parzyć z nich napój, nabawił się kokluszu, a schodząc z białego od kwiatów urwiska skręcił nogę w kostce. Przekonany, że umrze, kazał ściąć wszystkie drzewa wiśniowe i rozdać wieśniakom na opał. W drzewach wiśni bowiem ujrzał przyczynę swojej mającej nadejść śmierci. W kilka dni później pałac spłonął doszczętnie od drew porżniętych drobno, ułożonych wokół murów. Lud obalił władcę, który zresztą dzień po karczowaniu ozdrowiał cudownie i płakał nad wiśniowym lasem. (...)

Christy Brown z „Mojej lewej stopy” też miał problemy – inne niż ludzi z pierwszego akapitu i cesarza, który nie istniał. Kazał braciom zdemolować pub, bazgrał kredą po ziemi i ostatecznie miał to w dupie. To znaczy chyba był szczęśliwy.

2010/11/02

liśćopadł

Cmentarz oliwski jest biały, czerwony, zielony, niebieski, żółty, różowy i czarny. Pachnie jak mieszkanie, w którym nie ma światła. Wygląda jak Las Vegas, jak ręce ludzi trzymające zapalniczki na wielkim koncercie.

Droga od A do B nigdy nie jest pusta – dlatego listopad istnieje między październikiem i grudniem. Listopad, luty, maj i sierpień – strefy przejściowe, formy marginalne, support, mniej kochane dzieci, masło-mix i wino Sophia – wszystkie w tym samym, smutnym szeregu, że rzygać się nie chce ani machnąć ręką.

Wiem, wiem, lubisz maj. Lubisz wino Sophia. Smakuje ci buła z żółtą oleiną.

Czekam na grudzień.

2010/10/25

lechia panie

Podróże komunikacją miejską - bardziej owocne w przygody niż niejedna lanserka w krajach orientu - nie przestają mnie rozrywać.

Jadąc do dawno niewidzianego kolegi, wpadłem w jednym z autobusów na grupę młodzianów kibicujących miejscowej prężnej drużynie. Niepomni szaremu, sunącemu gdzieś otoczeniu, roztaczali pozytyw pieśniami - zaczynając od znanej i lubianej "Lechia, Wisła, Drwęca, Odra - każda wspiera tamę bobra", a kończąc na podniosłej "Chyżo do grabi, bracia lechiści - jesień wokół, ileż liści".

Parę przystanków dalej pożegnali się środkowym palcem z pewną starszą panią, która twierdziła, że śpiewają nieco za głośno i zniknęli we mgle.

Mazeł tow, koledzy!

2010/10/20

chapman

Widziałem Chapmana w tramwaju numer 9. Stał naprzeciw mnie, na kolistym łączeniu tramwajowych sekcji. Oczy miał spokojne, ale to był on. W takich chwilach muszę walczyć ze sobą, żeby nie wysiąść, bo siada mi na bani. To samo, gdy widzę człowieka Wschodu, dajmy na to z czarną torbą na ramieniu. Siedzę i wyobrażam sobie jak wybuch rozrywa mnie w sekundę i zostaje po mnie uzębienie.

Uciekłem Chapmanowi, nie wyszedł za mną i nie śledził mnie w parku. Mam nadzieję, że nie znalazł Lennona. Nawet okulary miał te same.


2010/10/18

110

Autobusem 110 ludzie odlatują. Wsiadając do 110, wsiadają na pokład, rozpoczynają swój pierwszy lub kolejny tani lot.

Nie ma chyba w Gdańsku bardziej przygnębiającej i radosnej linii komunikacyjnej. Ci, którzy o 5 rano wystawali w mrozie na przystanku, czekając na współczesnego Charona, potwierdzą. Ci, którzy wracali skąd-bądź po latach czy dniach zresztą też.

Podobno liczby coś w sobie kryją. Jeden-jeden-zero. Doskonałość-doskonałość-chaos.

2010/09/29

umrzesz :)

Czekając na autobus, za moimi plecami, za ogrodzeniem jakiegoś warsztatu samochodowego, dwa z trzech wilczurów stojących na straży zaczynają wyć wilczo, a ja zastanawiam się, co je do tego skłoniło. A one w sekundę wyłapały sygnał - syrenę, do czasu dla wszystkich powszednią.

P. Larkin, "Karetki"

Kluczą, zamknięte szczelnie jak konfesjonały,
Przez miast głośne południe; nie odwzajemniając
Żadnego z pochwyconych w locie spojrzeń, pędzą.
Herb na tabliczce, jasna, połyskliwa szarość:
W stosownym czasie każdą ulicę odwiedzą,
Przy każdym krawężniku będą parkowały.

Wtedy dzieci, siedzące na jezdni czy schodkach,
Lub kobiety, spieszące ze sklepu do domu
Przez opary kolejnych obiadów, na moment
Widzą, u szczytu noszy i czerwonych koców,
Czyjeś ludzkie oblicze, białe i szalone,
Niesione przez ulicę, wciągane do środka.

I wówczas czują ową pustkę, rozwiązanie
Kryjące się pod każdym naszym czynem; nagle
Przez sekundę pojmują to całkiem, bez reszty,
Tak puste i prawdziwe, i nieodwołalne.
Drzwi zatrzaśnięte, nikną. Wtedy szepcą: „Biedny
Facet”, żaląc się raczej nad sobą niż nad nim.

Zaś wokół wiezionego w znieczulonym, drętwym
Powietrzu, zatrzaskuje się gwałtownie strata
Czegoś, co z wolna zbliża się do swego końca.
A to, co się splatało w nim przez długie lata,
Jedyna, przypadkowa mieszanka, łącząca
Rodzinne koligacje i mody, te więzy –

Zaczyna się nareszcie rozluźniać. Odległa
Od zwyczajowych wymian miłości na kłamstwa,
Nieosiągalna wewnątrz klitki, przepuszczanej
Poprzez rozstępujące się na boki auta,
Sprowadza coraz bliżej to, co wciąż ma nadejść,
I zaciera w oddali wszystko, czym jesteśmy.

tłum. J. Dehnel

2010/09/24

stara kobieta, tunel i cerber

Jest w gdańskim tunelu stara kobieta, siedząca na wózku inwalidzkim - raczej dlatego, by mieć na czym siedzieć, a może jednak z powodu posuniętej niedołężności. Czeka na co łaska, na kolanach trzyma czarno-białego kundla, chyba jeszcze starszego niż ona. Warczy na nierozważnie blisko przechodzących ludzi, suwa z zębami na rzucających grosze świętych mieszkańców. Cały dzień niemal w bezruchu - arcymistrz cierpliwości, cerber swojej pani, siwy i pewnie wpółślepy. Siedzi i chce użreć rękę, która karmi - za to, że karmi tak marnie albo dlatego, że karmi w ogóle.

2010/09/15

vincent gallo

Gallo nie pojawił się na żadnej z konferencji dotyczących "Essential killing", nowego filmu Skolimowskiego. Nagrodę dla najlepszego aktora na festiwalu w Wenecji odebrał za niego reżyser.

Aktor, producent filmowy, muzyk - vide post o Sashy Grey - jednak tutaj głębiny kreatywności nie cuchną pokazowym wycieruchem. Jest jak archetypiczny idol zbuntowanych, ikona, symbol życia takiego, jakim chciałoby się je widzieć - symbol przez całe parę dni, do chwili, gdy nie zapomnę o nim na następny dłuższy czas.

Nie zakochałem się. Zwyczajnie zazdroszczę.

2010/09/14

sezon kaszlowy

Postępuję dalej w swojej pielęgnowanej i jakże głębokiej mizantropii. W Trójmieście poczyna szerzyć się sezon kaszlowy. Potrwa pięć, sześć miesięcy.

Nie jest dobrą myśl o zamordowaniu spazmatycznie kaszlącej obok mnie kobiety, bogu ducha winnej Matki Polki sunącej autobusem 142 do swojej pracy za jakimś biurkiem z Ikei. Wciąż jednak mam ochotę ją zabić. Zdaje się, że chce uraczyć mnie swoim schorzeniem, które z pewnością zmutuje w kierunku schorzenia poważniejszego: grypy, anginy, zapalenia płuc, może nawet ostatecznie choroby psychicznej.

Zastanawia mnie metaforyka tej pogardy i niechęci wobec szturmującej mój naturalny system obronny kaszlącej baby, intryguje mnie jej źródło. Odnieść mógłbym tę metaforykę do psychologii i kultury, zachowań atyspołecznych czy ataku na prywatność i duchowość. Mógłbym to odnieść do zupełnie wszystkiego, ubrać w każde łaszki, kazać tańczyć, śpiewać i fikać koziołki.

głęboki jak sasha grey

Sasha Grey ma misję. Sasha Grey kieruje się prywatną filozofią. Sasha Grey ma ideę, by być najgłębszą kobietą w pornobiznesie.

Generalnie rzecz ujmując, jesteś niczym. Nie ma w tym bynajmniej nic skrajnie przygnębiającego. Sam w sobie jednak, fakt bycia niczym, jednostką - jest daleki od bycia fajnym, a przecież jednostki chcą być fajne. I głębokie. Wyglądać tajemniczo za okno, wiedząc, że ktoś patrzy, liczyć liście pod nogami i pisać o nich wiersze. Śpiewać o "broken heart" i że "you left me all alone", prowadzić blogi na tematy szalenie egzystencjalne, ubóstwiać Lyncha i palić fajki, mrużąc oczy jak prawdziwi artyści.

Nikt nie musi kreować, żeby żyć, ale niektórym tak się zdaje. Kreuję więc co się da. Mam zdanie na każdy temat, ideę i filozofię. Jestem głęboki jak pani z pierwszego akapitu.

2010/07/10

gadanina

Powoli zaczynają boleć mnie zęby i nie ma na to lekarstwa. Broniłem się jak mogłem, ale nie ma - na to - lekarstwa.

Tak się zaczyna ta gadanina.