2010/12/28
cipki z oczami
2010/12/24
lukier na mieście
2010/12/16
kurewki na łamach
2010/12/13
filozofia puchatych czap
Ktoś niedawno próbował mi wmówić, jakież wartości niesie ze sobą poznanie zdania innych – przemyśleń, wniosków i spojrzeń na świat – jako że to rozwija, więc człowiek wykształcony nie powinien cechować się w tej materii ignorancją. Wszystko dlatego, że niejaki Osho zrobił (tej osobie) z mózgu gumofilca już po dwóch rozdziałach jednej ze swoich ksiąg objawionych. Ten sam to Osho, który woził się royce’ami, gardził biedotą, lubił drogie dziwki i bredził o wolności w poczytnym tonie kontrowersji.
Miło, że tyle zagubionych owieczek pragnie marnować czas na zgłębianie wymysłów innych zagubionych owieczek – będzie więcej cennego czasu dla mnie, przestrzeni na chodniku.
Tymczasem aktualną filozofią kobiecej części miasta jest puchata czapa, jakbym trafił w zimne serce Moskwy. Kto nosi kaszkiet, nie jest wykształcony, kto nosi beret, nie jest rozwinięty. Odpadną wam uszy, złapiecie grypsko, wyklną was sąsiadki, odrzucą młodzieńcy.
2010/12/08
filtry
- Panią przefiltrowano. Przemielono panią i wepchnięto w kiszkę, że teraz jest pani lśniącą kiełbasą, a nie jakąś tam świnią.
- Tak, tak, chłopcze. Nie martw się, to dla mojego zdrowia.
- Pani bez filtrów ma pryszcze i oczy o brzydkim kolorze.
- Wiem, wiem, chłopcze. Nie martw się, tego nie widać na zdjęciu.
- A świat za panią nie jest granatowy. Jest też raczej zwarty, skądże ta ziarnistość?
- Z dupy, chłopcze. Nie wnikaj, nie pytaj. Tak jest lepiej. Muszę chwytać dzień, póki nie jestem staruchą, której nikt już nie chce robić zdjęć.
- Ale to zdjęcie zrobiła sobie pani sama. Widać ramię ciągnące się z górnego rogu.
- Spieprzaj, gnojku. Z ramienia jest modnie.
- Pani się boi samej siebie, swojego ja. Co by powiedział Coelho?
- Widzę się też w czerni i bieli. Widzę się w różu, choć w różu niebezpiecznie jest się pokazywać. Widzę się na tle oceanu z wiatrem z suszarki we włosach, z kokosem z targu w rękach, z moim mężczyzną w białej koszuli,
opalonego
jak grecki
bóg
wojny.
2010/12/07
ampułki
2010/12/06
2010/12/01
arkansas - floryda - polska
Dla ożywczej odmiany można nadmienić, że w jednodniowym odstępie zmarli Leslie Nielsen i Gabriela Kownacka. Zapalenie płuc na Florydzie, rak mózgu w Polsce. Ciągnąc dalej nić pogodnego tchnienia, na Wyspie Man, na której zima zwykle praktycznie nie istnieje, śnieg sypie od 2 tygodni, linie telefoniczne zamarzają, przez co tamtejszym nomadom kiełkuje w głowach myśl katastroficzna. Cóż, być może zanim wyparujemy od koreańskich atomówek, natura łaskawie sama nas zgładzi.
U-hu-ha, u-hu-ha, idzie a-po-ka-li-psa – jak śpiewała w Gdańsku Lady Gaga.
A na lepszą resztę wieczora - Bill Hicks (rak trzustki, Arkansas):
2010/11/25
od jaja
Ab ovo, nie mamy celu. Naszym celem jest nic. Kto by pomyślał. Nikt. Naszym celem jest zaparzenie wody na herbatę, upranie bielizny, zajęcie się dzieckiem. Prześcigamy się w umiejętnościach nie zauważania nikogo, nie okazywania niczego. Wyjeżdżamy stąd. Na zachód, zachód, zachód. Nic tam nie ma.
Ab ovo, nadajemy sens. Nadajemy z naszych własnych kosmicznych stacji audycje o miłości, o rzeźbieniu w gównie dla nieprzyjemności. Znosimy, nosimy. Syzyf może się od nas uczyć, skurwysyn.
Pewnie jest też coś dobrego. Czai się i rozbłyska co jakiś czas jak epileptyczny stroboskop.
2010/11/22
profesor
Kofeinizacja społeczeństwa - pisał Marcus Lloyds, profesor Uniwersytetu Stanu Michigan - sięgnęła zenitu pod koniec wieku XIX. Potem było już tylko gorzej.
Gdyby poczciwy staruszek (i kolekcjoner ołowianych figurek zakochany w Andersenie) żył do dziś, dysponowałby zapewne pokaźną listą tego typu zenitów i ich przekroczeń. Obok kofeinizacji pojawić by się mogły amerykanizacja, kastracja mentalna, bezguście, zakupizacja, blogizacja, poetyzacja, alkoholizacja, czy szeroko pojęta dupodawacja. Oczywiście, zacny członek stanowego ciała pedagogicznego nie zyskałby dzięki temu nic, prócz etykiety moralizatora i ilościowej zwyżki swoich nic nieznaczących publikacji z dziedziny socjologii.
Pijał kawę w ilościach zastraszających. Chadzał do galerii handlowych, gdzie z milczącą radością witał klimat świąt bożonarodzeniowych już na początku listopada. Brał nadgodziny i sam sprzątał swój uniwersytecki pokój. Nie miał bloga, ale pisał wiersze. Gówniane.
Nic z tego nie wynika, donikąd to nie prowadzi. Profesor nie żyje, niech żyje profesor.
2010/11/15
nina nastasia
Wypierdalać.
łukowata droga z lamp
Opacka ciągnie się między parkiem a cmentarzem, zielenią a kamienną szarością, Nilem a Styksem. Zaszyta pod skórą ludzi każe patrzeć na rozkwit, mając rozkład za plecami i patrzeć na rozkład, za plecami mając rozkwit. Nie ma mowy o podobieństwie tych stanów.
Kiedy już zgrzybieję, osamotnieję i będę rozpaczał nad sobą, pił rum z colą do śniadania, chodził o lasce z pozłacaną główką, wyobrażając sobie, jak tłukę nią w tyłek młode dziewczęta, świat stanie się najbardziej niepotrzebnym z gadżetów, a niebiosa sms-em natarczywie obiecującym wygraną – Opacka powróci jak dawno niewidziana, brzydka sąsiadka, pokazać się od jeszcze gorszej strony.
Jeśli to piszę, jeszcze żyję. Może jutro przejedzie mnie walec, spadnie mi na głowę meteoryt. Po zmroku zapalają lampy. Chodnik nie ma końca, skręca lekko, ale nie wiem, co jest dalej. Nie pytaj mnie, bejbe, nie każ odpowiadać. Czekaj na swój zgon, bo nastąpi, jak dwa i dwa to pięć.
2010/11/04
spalić pałac, zdemolować pub
He Pah Wo, kronikarz chińskiej dynastii Shang, na kartach księgi pisał:
Cesarz, zebrawszy ze swoimi córkami wczesne liście wiśni, by parzyć z nich napój, nabawił się kokluszu, a schodząc z białego od kwiatów urwiska skręcił nogę w kostce. Przekonany, że umrze, kazał ściąć wszystkie drzewa wiśniowe i rozdać wieśniakom na opał. W drzewach wiśni bowiem ujrzał przyczynę swojej mającej nadejść śmierci. W kilka dni później pałac spłonął doszczętnie od drew porżniętych drobno, ułożonych wokół murów. Lud obalił władcę, który zresztą dzień po karczowaniu ozdrowiał cudownie i płakał nad wiśniowym lasem. (...)
Christy Brown z „Mojej lewej stopy” też miał problemy – inne niż ludzi z pierwszego akapitu i cesarza, który nie istniał. Kazał braciom zdemolować pub, bazgrał kredą po ziemi i ostatecznie miał to w dupie. To znaczy chyba był szczęśliwy.
2010/11/02
liśćopadł
2010/10/25
lechia panie
2010/10/20
chapman
2010/10/18
110
Nie ma chyba w Gdańsku bardziej przygnębiającej i radosnej linii komunikacyjnej. Ci, którzy o 5 rano wystawali w mrozie na przystanku, czekając na współczesnego Charona, potwierdzą. Ci, którzy wracali skąd-bądź po latach czy dniach zresztą też.
Podobno liczby coś w sobie kryją. Jeden-jeden-zero. Doskonałość-doskonałość-chaos.
2010/09/29
umrzesz :)
P. Larkin, "Karetki"
Kluczą, zamknięte szczelnie jak konfesjonały,
Przez miast głośne południe; nie odwzajemniając
Żadnego z pochwyconych w locie spojrzeń, pędzą.
Herb na tabliczce, jasna, połyskliwa szarość:
W stosownym czasie każdą ulicę odwiedzą,
Przy każdym krawężniku będą parkowały.
Wtedy dzieci, siedzące na jezdni czy schodkach,
Lub kobiety, spieszące ze sklepu do domu
Przez opary kolejnych obiadów, na moment
Widzą, u szczytu noszy i czerwonych koców,
Czyjeś ludzkie oblicze, białe i szalone,
Niesione przez ulicę, wciągane do środka.
I wówczas czują ową pustkę, rozwiązanie
Kryjące się pod każdym naszym czynem; nagle
Przez sekundę pojmują to całkiem, bez reszty,
Tak puste i prawdziwe, i nieodwołalne.
Drzwi zatrzaśnięte, nikną. Wtedy szepcą: „Biedny
Facet”, żaląc się raczej nad sobą niż nad nim.
Zaś wokół wiezionego w znieczulonym, drętwym
Powietrzu, zatrzaskuje się gwałtownie strata
Czegoś, co z wolna zbliża się do swego końca.
A to, co się splatało w nim przez długie lata,
Jedyna, przypadkowa mieszanka, łącząca
Rodzinne koligacje i mody, te więzy –
Zaczyna się nareszcie rozluźniać. Odległa
Od zwyczajowych wymian miłości na kłamstwa,
Nieosiągalna wewnątrz klitki, przepuszczanej
Poprzez rozstępujące się na boki auta,
Sprowadza coraz bliżej to, co wciąż ma nadejść,
I zaciera w oddali wszystko, czym jesteśmy.
tłum. J. Dehnel