Ab ovo, wszyscy mamy przesrane. Ci urodzeni w domach z marmurowymi posadzkami, poręczami z kości słoniowej i ci łażący po linoleum, z dwoma zagraconymi pokojami. Nad tymi i tymi wisi kostucha, wojna z Koreą, rozpad małżeński, samotność, zawroty głowy i wymioty.
Ab ovo, nie mamy celu. Naszym celem jest nic. Kto by pomyślał. Nikt. Naszym celem jest zaparzenie wody na herbatę, upranie bielizny, zajęcie się dzieckiem. Prześcigamy się w umiejętnościach nie zauważania nikogo, nie okazywania niczego. Wyjeżdżamy stąd. Na zachód, zachód, zachód. Nic tam nie ma.
Ab ovo, nadajemy sens. Nadajemy z naszych własnych kosmicznych stacji audycje o miłości, o rzeźbieniu w gównie dla nieprzyjemności. Znosimy, nosimy. Syzyf może się od nas uczyć, skurwysyn.
Pewnie jest też coś dobrego. Czai się i rozbłyska co jakiś czas jak epileptyczny stroboskop.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz