Opacka ciągnie się między parkiem a cmentarzem, zielenią a kamienną szarością, Nilem a Styksem. Zaszyta pod skórą ludzi każe patrzeć na rozkwit, mając rozkład za plecami i patrzeć na rozkład, za plecami mając rozkwit. Nie ma mowy o podobieństwie tych stanów.
Kiedy już zgrzybieję, osamotnieję i będę rozpaczał nad sobą, pił rum z colą do śniadania, chodził o lasce z pozłacaną główką, wyobrażając sobie, jak tłukę nią w tyłek młode dziewczęta, świat stanie się najbardziej niepotrzebnym z gadżetów, a niebiosa sms-em natarczywie obiecującym wygraną – Opacka powróci jak dawno niewidziana, brzydka sąsiadka, pokazać się od jeszcze gorszej strony.
Jeśli to piszę, jeszcze żyję. Może jutro przejedzie mnie walec, spadnie mi na głowę meteoryt. Po zmroku zapalają lampy. Chodnik nie ma końca, skręca lekko, ale nie wiem, co jest dalej. Nie pytaj mnie, bejbe, nie każ odpowiadać. Czekaj na swój zgon, bo nastąpi, jak dwa i dwa to pięć.
kocham Pana.
OdpowiedzUsuń