Postępuję dalej w swojej pielęgnowanej i jakże głębokiej mizantropii. W Trójmieście poczyna szerzyć się sezon kaszlowy. Potrwa pięć, sześć miesięcy.
Nie jest dobrą myśl o zamordowaniu spazmatycznie kaszlącej obok mnie kobiety, bogu ducha winnej Matki Polki sunącej autobusem 142 do swojej pracy za jakimś biurkiem z Ikei. Wciąż jednak mam ochotę ją zabić. Zdaje się, że chce uraczyć mnie swoim schorzeniem, które z pewnością zmutuje w kierunku schorzenia poważniejszego: grypy, anginy, zapalenia płuc, może nawet ostatecznie choroby psychicznej.
Zastanawia mnie metaforyka tej pogardy i niechęci wobec szturmującej mój naturalny system obronny kaszlącej baby, intryguje mnie jej źródło. Odnieść mógłbym tę metaforykę do psychologii i kultury, zachowań atyspołecznych czy ataku na prywatność i duchowość. Mógłbym to odnieść do zupełnie wszystkiego, ubrać w każde łaszki, kazać tańczyć, śpiewać i fikać koziołki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz