W bajkowym kurorcie Sharm El Sheikh rekiny pożerają turystów. Palmy, złoty piasek i odgryzione kończyny. Winne są deski surfingowe, kierownictwo, bóg, nieuwaga i ampułki Lorenziniego.
Podróże w nieznane, w egzotyczne raje lub miejsca, po powrocie z których beznadzieję, syf i ubóstwo spina się klamerką „klimatu”, aby obciachu nie było przed kosmopolitycznymi duszą i ciałem znajomymi. Nie mam nic przeciwko ekskursjom, które nie mają wymiaru świecidełek w osobistej galerii n-tego serwisu społecznościowego czy bloga „jestem fajna, fajne ciuchy mam”. Specjalnym ich zwolennikiem też jednak nie jestem.
Mędrcy świata mogliby się postarać i wynaleźć ampułkę na przeczyszczenie – z przeświadczenia, że jest się tym, kogo się udaje. Że wkładając sombrero, chlastając liany wielką maczetą w sercu dżungli czy zlizując cukier z brzegów kieliszka na plaży gorętszej niż piekielne pokoje nadajemy rzeczywistości przedrostek alter- i już nikt nie pamięta, skąd się wzięliśmy, a ślady naszej podróży giną jak kijem po wodzie.
A na tych najsmutniejszych i najbardziej zawziętych czekają – hi hi hi - rekiny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz