2011/11/02

miejsce

Znasz to miejsce, w którym spotykają się problemy, zagwozdki, bolączki, po czym nagle spływają po szybie jak mróz zaatakowany ciepłem? Jeśli tak, jesteś moim bratem.

Surrealizm istnienia. Abstrakcja. Sen. Ktoś narysował mi drogę, więc idę nią. Ktoś tupnął nogą, więc boję się. Ktoś podstawił mi kwiaty pod nos, więc świat jest piękny. Epicki realizm składa się z czasu, miejsca i akcji. Realizm, w którym żyję ja i milion innych żywych trupów jest więc upośledzony, ogranicza się bowiem do czasu i miejsca. Rzecz jasna, nikt nie ma pojęcia, dlaczego to właśnie ten czas i to miejsce, a myśl o tym, że istnieje inny czas i inne miejsce – to w równym stopniu otucha i zguba.

Spójrz, czym się przejmujesz, stertą śmieci, stary. Akcja, której szukasz jest spełniona wyprawą po chleb do marketu, spacerem przez gołębie kleksy na deptaku, słowną potyczką z bezczelnym gówniarzem. Akcja, której szukasz, jest zaszyta, niewiadoma, jest nieznośna i nieistotna. Czytaj, słuchaj, patrz i czekaj. Patrz z góry, ale nie walcz. Walkę zostaw innym.

2011/04/13

wiek średni

Być może niedługo czeka mnie walka. Przeciwnik się zbliża, łypiąc szalonymi oczyma. Wznosi barykady przed naporem rozsądku, jeszcze cicho nuci pieśń o nowym świecie.


Przeciwnik ma imię to samo, co moje, wygląda jak ja, ale nie jest mną. Patrzy na świat przez krzywe szkiełko, widzi moją żonę, widzi - i nie wierzy. Przyspiesza, łapczywie rozgląda się wokół, liczy minispódniczki, ocenia sylwetkę, kolor oczu, powab młodziutkich sarenek, które nieznajomo pachną i dzierżą klucze do upragnionych wrót wiecznej młodości.


Przyspiesza i widzi moje małe dzieci i pracę nudną, że tego nie zniesiesz. Na mojej głowie cztery siwe włosy i mój brzuch drżący niczym galareta wprawiają go w furię, więc biegnie w odmęty sklepu dla siłaczy, by kupić hantelki. Przywdziewa nerdy i bluzę z kapturem, kremuje lico i wybiela zęby.


Być może niedługo czeka mnie walka z pewną prastarą formą schizofrenii. Tango z samym sobą. Flircik z wiekiem średnim.

2011/03/30

chodnik

Głupia sprawa z tym byciem w centrum uwagi. To jedna z tych rzeczy, których się domagasz i z tych zarazem, które nie są do niczego potrzebne. Jak na prawdziwą ułomność przystało, ma spore problemy z utrzymaniem pozorów wartości. Słońce, które świeci jasno, ostatecznie ma w słonecznej dupie ciała niebieskie plączące się po orbitach. Te z kolei są przekonane, że dostąpiły zaszczytu.


Ewolucja mieszczańskich postaw i zachowań ustawiła szaraków u dna towarzyskiej hierarchii. Mało kto stosuje pradawny dobór wartościowego otoczenia. Rośnie strach wśród tłuszczy, narasta masowa iluzja, że klasa człowieka opiera się na fundamencie bycia tym samym, co wszystko dokoła.  


Tymczasem najciekawsi są ludzie zupełnie nieciekawi, a po zimie najbardziej cieszę się z chodnika. Jest kwintesencją przyziemności, przed którą tak drżymy, ponadczasową i prostoduszną atrakcją.

2011/03/19

pusta szafa szafiarki

Czarno-śmieszą mnie dwie rzeczy: śmierć od udławienia się groszkiem i szafiarki. Dlaczego „czarno-śmieszą”? Bo w zasadzie nie ma w nich nic śmiesznego, a uczucie, które towarzyszy obu zjawiskom to czyste niedowierzanie.


Jako że refleksję nad wykitowaniem od zadławienia można spokojnie pominąć (chyba każdy się zgodzi, że niewiele jest tak absurdalnych form śmierci), tak obok szafiarek nie sposób przejść obojętnie.


Pomijając fakt, że istnieją na tym padole kobiety, które poświęcają swój czas na kult szmaty, należałoby zwrócić uwagę na inny wymiar zjawiska. Zaraz, czyżbym się zagalopował? Nie ma innego wymiaru zjawiska.


Nie jestem pewien, czy każda z tych dziewczyn została uprowadzona przez kosmitów, czy też ich rodzice postanowili wpoić im szczytne wartości materializmu i gówno wartych elementów namacalnej codzienności. Być może jedno i drugie, być może nic z tych rzeczy. Bez znacznego ryzyka pomyłki jestem gotów założyć, że każda z pań szafiarek ma sprecyzowaną filozofię działania i potrafi usprawiedliwić próżność lub kompleksy niekłamaną pasją – meandrami przyodziewku na tle dziejów. Szczerze powiedziawszy, na każde z tych wytłumaczeń śmiało można się wyrzygać.


Naturalnie, spojrzawszy pobłażliwym okiem, da się powiedzieć: to hobby. Ludzie grają w gry online na amfetaminie, kolekcjonują sztuczne penisy, piszą prowadzące donikąd blogi z lukrem w tle – i zapewne to również podciągnąć można pod formę marnotrawstwa czasu.


Nic tak jednak nie dobija, jak marnotrawstwo czasu, które z większą lub mniejszą żarłocznością staje się przedziwnie naiwnym sposobem na powiedzenie sobie „jestem wyjątkowa”.

2011/03/17

dzień z życia (bez puenty)

Tramwaj. Dwie grzeczne chichotki rozmawiają o tym, jak nie lubią śmierdzących ludzi podróżujących komunikacją miejską. Dobrodusznie zauważają, że „trudno, tacy też jeżdżą, żeby się ogrzać”. Po chwili wychodzi na jaw, że śmierdzi wszystko: papierosy, kluby, pijani chłopcy wyrywający śmietniki, stoczniowcy na przystanku i stare małżeństwa.


Autobus. Pan kierowca rozrywa radiem. Eremef tłucze reklamy o menstruacji, parkietach podłogowych i pigułce na płaski brzuch, po czym puszcza jakieś gówno, by wszyscy mogli śpiewać. Laski z tyłu marudzą jak im niewygodnie. Laska z boku czyta Cosmo (jest już na 5 stronie, ogląda obrazki i planuje wypad na zakupy po właśnie takie pończoszki). Laska z przodu kęsami dżdżownicy skubie jabłko na obiad, jako że chce mieć ten sam płaski brzuch z reklamy pigułek.


Przystanek. Tylko w rodzinnym mieście może być tak ciemno. Skuty asfalt, rozkopana ziemia, roboty drogowe, świat po kataklizmie. A w głowie taki obrazek z wakacji: piąta nad ranem, chyba sto lat temu, samo centrum miasta i wokół nikogo.

2011/03/15

freudowska pomyłka

Spotkałem gościa, który chlubił się zgłębieniem dzieł Freuda, studiowaniem psychoanalizy w przewie na bułę z suchą krakowską. Ten sam gość przez tydzień dochodził do siebie, kiedy dowiedział się, że jego dobra koleżanka okazała się być homo. Nie wiedział, co począć. Walił pytaniami w twardą ścianę jej pobłażliwego uśmieszku. Wspierał głowę na bladych rękach. Wyżymał mózg w poszukiwaniu choć jednej kropli wytłumaczenia.

Ciekawe, co Grzesiu sobie wtedy myślał – zakapior, homofob, dżudoka, rasista, dusza człowiek. Czy naprawdę szukał odpowiedzi, czy też sposobu, by nie wyjść z siebie i nie okazać całej swej pogardy. Jako ktoś, kto za sprawą kilku setek kartek pokrytych drukiem posiadł tajemnicę ludzkiej natury, okrutnie głowił się nad laską, która woli laski.

Jest coś ponurego w relacji między postrzeganiem siebie a rzeczywistością. Jest coś zastanawiającego w tym, że czasem ktoś rzuci: „Nienawidzę czarnuchów i pedałów, a nazistów bym powystrzelał.” Ale poza tym jesteśmy całkiem fajni.

2011/03/10

homo jęczens

Jeśli przystawiono by mi dwururkę do skroni i kazano wybrać najbardziej męczącą, destrukcyjną i zwodniczą cechę ludzką, bez sekundy wahania wskazałbym jęczenie.

Najmniejszy szczegół każdego smutnego życia ma swoją przyczynę w jęczeniu. Nie mylmy w tym miejscu jęczenia z narzekaniem. Co innego narzekać, że pada, a co innego jęczeć trzeci raz w tygodniu, że znów leje i nie mogę już tego znieść, więc wydupcę na wieki z tego cuchnącego kraju, by na włoskiej riwierze opalić sobie klatę na węgiel, grywając w plażówkę w hawajskich, różowych szortach.

Ludzie rzucają się w sobie, szarpią, że brak im pieniędzy, murzyńskiego penisa czy łatwej tipsiary, że nic nie wiadomo i nie znajdą pracy, że gardzą systemem i pragną ucieczki. Toczą wewnętrzne szekspirowskie dramaty. Z posępnym wzrokiem i sercem z ołowiu ryczą w niebiosa: „Nic mi się nie uda, bo mam nos jak ziemniak”, „Nie tak miało wyglądać moje życie jak w Madrycie”, „Nigdy nie będę mieć takiego sweterka jak ta super laseczka z bloga o piciu kawy i wydawaniu kasy na nieziemską odzież wierzchnią”.

Tymczasem, nie tak znów daleko, pan o znajomej odstręczającej twarzy wybiera ze śmietnika, afrykańskie dzieci ważą tyle, co rowerek twojego syneczka, ludzie chorują na niemożliwie okrutne choroby, tracą wszystko albo noszą brzemię czynów nieco bardziej przerażających niż to, że kiedy byłeś mały zatłukłeś kotka cegłą.

Niektórym małpkom przydałoby się narysować to i owo, bardzo wyraźnie, białą kredą na czarnej tablicy i mówić do nich niespiesznie, sylabami, z boską cierpliwością. Może wtedy któraś zauważy, że gdzieś przecież istnieje gówno tak śmierdzące, że każde inne przy nim to markowy perfum.

2011/03/01

pustynia cukru

Podobno zima się skończy. Śnieg wsiąknie w ziemię, ukazując skarby: przebiegle pozostawione na trawnikach kupska futrzastych pupili, śmieci, które nie znalazły drogi do recyklingowego obiegu. To nie tak, że wszędzie widzę syf. Tak po prostu będzie.

Naturalnie, obudzą się kwiaty, zwierzęta, zielone i kolorowe istoty, deszcz będzie coraz cieplejszy, a słońce nad pustynią silniejsze. Nie dać się zwieść wiosennej wacie cukrowej to nie lada wyczyn. Zegarki na wielkich srebrnych bransoletach, gust muzyczny taboretu, galeria bałtycka i emo młodzież kopiująca zachodnie trendy sprzed stu lat – nie spłyną do rynsztoka wraz z pierwszą odwilżą.

Na pustyni karawanę spotkasz raz na dwa tygodnie. Tutaj co chwila karawany pogrzebowe suną niezwłocznie i w bardzo istotnych kierunkach, wlokąc na pace osobowości, poczucie humoru, dystans, umiejętność inteligentnego milczenia, poszanowanie własnej dupy, poetyckie wartości i pierwotne instynkty. Ptaszki śpiewają, że skowronek odwali w tym roku kitę ze smutku, bo nikt go już nie słucha.   

2011/02/23

biegnij do światła

Kolejka miejska odjeżdża za całe 5 minut, ale wszyscy lecą w górę po schodach z tunelu jakby była to ostatnia kolejka w ich życiu. Lecą na złamanie karku – do galerii, do domu, do żony, męża, pustej lodówy, ciszy i telewizji. Tylko ta laska z fioletową chustką na szyi idzie jakby nigdy nic. Skrycie pogardza tłuszczą sunącą w kierunku wagonów.

Zielone światło nabija się z nas od kiedy pamiętam. Jezdnia to jakieś 6-10 kroków po pasach. Czerwone światło to pesymistycznie patrząc jakieś 60-120 sekund oczekiwania.

- Nie lubię czekać.
- A co lubisz?
- Lubię dać się zaszczuć zielonemu światełku, zastrzyk adrenaliny, poczucie misji dotarcia na drugą stronę i radość, że dało radę przed czerwonym.
- Oczywiście, rozumiem. To może po prostu kup sobie wielki wybieg dla wielkiego chomika, którym jesteś i leć przed siebie aż zdechniesz.
- Nie bądź głupi, nie ma takich wybiegów.

Laska z fioletową chustką na szyi przypomina sobie, że mieszka w New York City, że jeśli nie zdąży, być może ktoś zwinie jej sprzed nosa te szare trzewiki na obcasie. Lepiej być wcześniej tam, dokąd się zmierza. Chwytaj chwilę, mała. Zajebią ci buty i będziesz smutna.

2011/02/17

nie wrócisz do szkoły

Nieźle byłoby ująć tytuł tego wpisu po angielsku, bo po angielsku wszystko wydaje się brzmieć lepiej. Czasem wszystko wydaje się brzmieć lepiej, gdy w ton całości wmieszane jest słowo „kiedyś”.

Werbalnie czy też nie, „kiedyś” pojawia się nazbyt często w świecie nieodwracalnie pełnym „teraz”. Kiedyś byliśmy młodzi i jędrni. Rodzice płacili nieznane nam kwoty za to, że stalowy kaloryfer pod parapetem pozostaje gorący w środku grudnia. Kiedyś nic nie rozumieliśmy, potem coś rzuciło się nam do gardeł, kazało regulować czynsz, szarpać się z połową świata i mieć problemy zdecydowanie wykraczające poza gówniarskie doświadczenie.


Czas przeszły jest wrogiem, jeśli używać go do pielęgnowania tęsknot i żalu, a pielęgnowanie tęsknot i żalu – słabością i marnotrawstwem czasu. Do szkoły wraca się na zjazd absolwentów, by sprawdzić, jak inni radzą sobie z tobołkiem pełnym kamiennej i obcej beztroski, by obrobić im dupę, jeśli męczą się bardziej niż my lub znienawidzić, jeśli wręcz przeciwnie.


Tytuł tego wpisu pewnie brzmiałby lepiej po angielsku, ale coś mi mówi, że to nie zmieni niczego.


ostatnia żyjąca królowa polly

2011/02/08

zapytaj mniejcukru

Po ostatnim wpisie otrzymałem multum maili.

Joanna z Bytowa pyta, czy to bardzo źle, jeśli pomyślała przez króciutką chwilę „Dobrze ci tak, gnoju”, gdy jej młodszy kolega z pracy złamał nogę, przez co nie mógł udać się z szefostwem w Alpy grać w squasha i lepić bałwany.

Odp.: Nie, Joasiu, wszystko jest OK, dopóki nie okaże się, że to uraz permanentny, a kolega do końca życia będzie chodził o lasce ze złotą główką. Wtedy inna sprawa. Wtedy się usmażysz.

Pewna starsza pani, która pragnęła zachować dyskrecję, chciałaby wiedzieć, co myślą o niej koleżanki z kółka.

Odp.: Nie czytam w myślach.

„Drogi autorze. Od pewnego czasu zaglądam do twojego pożałowania godnego kącika skarg i zażaleń i dochodzę do wniosku, że jesteś żałosny. W dodatku podejrzewam, że masz małego fiutka, co rzutuje na wymiar twojego jęczenia. Nigdy nikomu źle nie życzyłem, nie noszę też rurek i nie chadzam z kolegami na zakupy w galerii. To smutne, że istnieją ludzie tak zamknięci w sobie i zgorzkniali jak ty.”

Odp.: :(

2011/02/06

co nas uszczęśliwia

Oprócz ludzi przewracających się na chodniku, mało utalentowanych kandydatów do programów telewizyjnych poszukujących talentów, oprócz amerykańskich serii komediowych z pierdzeniem i jaraniem blantów w tle czy imprez z reddsem, macaniem i rzyganiem z akademickiego okna – co nas bawi, cieszy, wychowuje?

Niepowodzenie innych – coś, co na bank znajdzie się na niejednym podium w hierarchii czynników rodzących poczwarny, wewnętrzny uśmiech. Dostałeś w dupę, to straszne, stary. Tak mi przykro, że cię zwolnili, moja do wczoraj ustawiona koleżanko. Jestem z tobą, mój odrzucony, żałosny kolego. Nic tak nie prostuje pleców i nie podnosi oczu do słońca jak znajoma osoba złapana za mordę i ściągnięta w ciemną dziurę szeroko rozumianego upadku. Oczywiście wiem, że ciebie to wszystko nie dotyczy.

Ułożone życie rodzinne, partnerska symbioza, wypłata wystarczająca na spłatę kredytów, iPhone z allegro czy pokaźna lista znajomych na fejsie również są w porządku, jednak to – rzekłbyś – standard, pakiet podstawowy. Radości wyklętej, spoza podręczników, nie ujrzysz na twarzy. Jest ukryta, brudna i ssie cyc szatana.

2011/02/03

karaoke

Jako człowiek kontrowersyjny chadzam czasem na karaoke. Rzecz oczywista, nie śpiewam, zachowując swoją mizantropiczną godność. Rzecz równie oczywista, nie chadzam tam z własnej woli. Wloką mnie tam jasne, żywe postacie, mające chętkę na życie czerpane pełnymi garściami, na kąpiel nago w refleksach luny, na skoki bungee, wspinaczkę górską, czy pląsy na klubowych parkietach monciaka.


Pośród wokalnych gwałtów i quasi-pijackich wywijasów chłopców rasy białych koszul/białych adidasów/jasnych dżinsów – jest dokładnie tak samo, jak poza lokalem: ludzie próbują wykoleić tramwaj, stworzyć alternatywę do obyczajowego filmu, w którym biorą udział, a który męczy ich jak drzazga pod paznokciem małego palca lewej stopy. Nie strzepiesz jednak z siebie cienia, synu. To nie okruszki po drożdżówce.


Cień, o którym mowa, różne ma oblicza. Im prędzej się zaprzyjaźnicie, tym prędzej pogodzisz się z faktem, że fotka z rozwartymi warami i dłonią uzbrojoną w czerwone pazury wsparte ponętnie na twarzy nie zbliża cię do Paris Hilton, Jessici Alby czy Patrycji Markowskiej, a depilacja klaty, pleców i łona najostrzejszą brzytwą nie nada ci gładkości Christiano Ronaldo.


Jeśli myślisz sobie, że mam coś do twojej zabawy, do wpisów na fejsie „uwielbiam imprezki!” – pomyłka, Winnetou, baw się, jeśli lubisz. Ja na karaoke śpiewam tylko w kiblu.

2011/01/27

duo zafajdanych zboczków

Rozkład natury człowieka na czynniki pierwsze spędza mi sen z powiek. Nie są to jednak powieki studenta pierwszego roku psychologii, który wszem i wobec ogłasza, że oto rozpoczyna pierwszy etap drążenia precyzyjnej dziury w ludzkim ja. Zdecydowanie bardziej pociągająca jest obserwacja z ukrycia oraz publikacja wyników analiz na łamach własnego jestestwa.

Tramwaj. Duo zafajdanych zboczków to facet z wózkiem i jowialny dziad. Na przynętę wystawia się modna licealistka, na pierwszy rzut oka arcymistrzyni w materii naiwnej głupkowatości.


Dziad pierwszy. Klepie się z zachętą po udzie, mówi, by usiadła, bo co tak będzie stała. Normalnie w takich sytuacjach przesranka na dzielnicy, jednak nie tutaj: dziewuszka śmieje się i dokazuje, że nie, ona cały dzień siedziała, bo z podróży.


Na te słowa facet z wózkiem – na uroczej pozycji tatusia z dzidziusiem – podchwytuje temat i niesie go w nieznane: z podróży? a skąd? a walizka taka duża, to pewnie długi urlop. Słowem, jeden z tych celebrytów, którzy trafiają na pierwsze strony gazet z czarnym jak smoła prostokącikiem na oczach.


Po co się odzywają? Dlaczego zaczepiają obcą osobę? Są z innego świata? Nie rozumieją, że nieznany człowiek to niegodny zaufania, protekcjonalny potwór? Że kiedy ktoś idzie za tobą wieczorem na pustej ulicy, chcesz biec, bo już czujesz nad sobą przytępiony toporek?


Na odchodne dziad klepie się po udzie, sepleni coś o miłej pani, gdy modnisia wysiada w chichotach i pąsach. Mam szczerą nadzieję, że to nie jest jej przystanek – że musi uciec, zanim puści pawia.

wielkie morze pełne gówna

Wiele lat temu, płynąc Gangesem przez Indie i Bangladesz, cykając fotki pejzażom na każdym zakręcie i krzywiąc się poczwarnie w swądzie rytualnie palonych zwłok – zrozumiałem.

Rzeko, obmyj mnie, rzeko, zabierz mego męża, rzeko, pochłoń martwe bydło. Ródź białe chmury i wysyłaj daleko nad Europę Wschodnią, do Polski, do Gdańska, niech padają deszczem na włosy lukrowych laseczek i gości w rurkach słuchających eski. Niech cię wdychają tunelowe baby sprzedające kwiaty i wełniane łapcie, i wszyscy inni od morskiego brzegu po niewidzialną granicę Trójmiasta.

I kiedy już stanie się więcej niż jasne, że wszyscy jesteśmy tym samym, spłyniemy naraz do wielkiego morza niby wąziutkie i mętne dorzecza. A co to za morze wiedzą nawet dzieci, psy z kulawą nogą i nikt z twoich znajomych.

2011/01/16

wymięte wycieruchy

W naturze istoty myślącej jest pytać. Ulubione pytanie dziecka to „dlaczego?”. Nie ma w tym nic, co wymagałoby więcej niż trzech zdań wymądrzania się.

Jednakowoż na przekór zdroworozsądkowej postawie, co jakiś czas, w losowych okolicznościach wyciągamy spod szafy wycieruchy. Czy jesteśmy sami we wszechświecie? Czy Bóg istnieje? Czy wszystko płynie? Dlaczego cierpimy? Dlaczego niektórzy rodzą się z kijem od miotły w dupie? I przede wszystkim – jeśli pochodzimy od małp, dlaczego nie wszyscy lubią banany?

Znakomitym źródłem odpowiedzi wydaje się być filozofia. Ale nim nie jest. Wyśmienitym okładem na duszę łaknącą odpowiedzi zdaje się być 40-procentowy alkohol. I to wyjście jednak nie jest pozbawione mankamentów.

Dziwne, że fakt niemożności poznania jednoznacznie prawdziwych odpowiedzi nie wystarcza, by powrócić do drapania się po brzuchu i jednocześnie nigdy nie wracać do wymiętych przez tysiąclecia zagwozdek. Niektórym małpkom ciągle się wydaje, że latają, huśtając się na wysoko rosnącej gałęzi.



2011/01/11

martes

Dzisiaj jest martes, wczoraj był poniedziałek. W wiadomościach trwająca od kwietnia moda na katastrofy lotnicze. W autobusie Susan Sarandon ufarbowana na ciemny kasztan. Na przystanku tłum: młode kobiety, gimnazjaliści, faceci i stara baba. Już wiem, kto obok mnie usiądzie.

Sposób, w jaki to zrobi, to mistrzostwo. Pierwsza wejdzie do środka, z miejsca uaktywniając radar. Trafi do mnie po 2.3 sekundy. Postawi torebkę na wolne siedzenie obok mnie (gdyby mogła, oznaczyłaby je moczem). Westchnie z ulgą, że znów się udało. Zacznie grzebać w torebce, po czym zrezygnuje. Zdejmie rękawiczki. Znów zacznie grzebać w torebce. Wyciągnie jakąś książkę, z niej bilet. Rozejrzy się w lewo i w prawo, badając, do którego kasownika bliżej. Skasuje bilet, zacznie go oglądać. Rzuci uwagę, że nic na nim nie widać. Schowa go do książki, książkę do torebki. Wszytko to nad moją głową.

Kiedy usiądzie, stanie się przeszłością. Zwyczajnie, babsko przestanie istnieć. Przyszłość i przeszłość, ból i ekstaza, wielka niewiadoma i wielka dziura. Teraźniejszość istnieje, teraźniejszość nie istnieje, zapomnij o przeszłości, pamiętaj o przyszłości, sikaj na stojaka, prostuj plecy, biegnij. Dzisiaj jest martes, jutro będzie środa.


2011/01/04

przełom

Wiem już, czego chcę, wiem już, czego nie – podśpiewuje przy ognisku Patrycja M., córka swego ojca, poszukiwana w pięciu emiratach arabskich za kopiowanie bardziej utalentowanych koleżanek. Cieszę się, że Patrycja wreszcie zrozumiała, pojęła i ogarnęła. Życiowe gniazdko ze szmatek i śliny nareszcie przestało niszczyć jej skórę.

Tak jak w życiu Patrycji, i w naszym następuje mistyczny coroczny przełom. Woda do zmywania garów wydaje się cieplejsza, RMF puszcza same dobre kawałki, maleje chęć masowego morderstwa grupy studentów cisnących się w przejściu między przedziałami, toczących rozmowy na temat Rumunów i cycków swojej koleżanki, denaturat poczyna rozlewać się w trzewiach słodko jak zmrożona Finlandia Cranberry.

Naturalnie tylko czekać na kopa w dupę od losu. Jednak nie ma co marudzić: trzeba się cieszyć i czynić noworoczne postanowienia. Wyjadę stąd, kochanie, wyjadę bardzo, bardzo daleko. Znajdę sens i pracę za osiemset tysięcy pesos.

Białe morskie ptaszyska szaleją nad głowami, Bałtyk zamarza i taje. Przełomu nie będzie, ale się nie przejmuj.