Dzisiaj jest martes, wczoraj był poniedziałek. W wiadomościach trwająca od kwietnia moda na katastrofy lotnicze. W autobusie Susan Sarandon ufarbowana na ciemny kasztan. Na przystanku tłum: młode kobiety, gimnazjaliści, faceci i stara baba. Już wiem, kto obok mnie usiądzie.
Sposób, w jaki to zrobi, to mistrzostwo. Pierwsza wejdzie do środka, z miejsca uaktywniając radar. Trafi do mnie po 2.3 sekundy. Postawi torebkę na wolne siedzenie obok mnie (gdyby mogła, oznaczyłaby je moczem). Westchnie z ulgą, że znów się udało. Zacznie grzebać w torebce, po czym zrezygnuje. Zdejmie rękawiczki. Znów zacznie grzebać w torebce. Wyciągnie jakąś książkę, z niej bilet. Rozejrzy się w lewo i w prawo, badając, do którego kasownika bliżej. Skasuje bilet, zacznie go oglądać. Rzuci uwagę, że nic na nim nie widać. Schowa go do książki, książkę do torebki. Wszytko to nad moją głową.
Kiedy usiądzie, stanie się przeszłością. Zwyczajnie, babsko przestanie istnieć. Przyszłość i przeszłość, ból i ekstaza, wielka niewiadoma i wielka dziura. Teraźniejszość istnieje, teraźniejszość nie istnieje, zapomnij o przeszłości, pamiętaj o przyszłości, sikaj na stojaka, prostuj plecy, biegnij. Dzisiaj jest martes, jutro będzie środa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz