2011/01/27

wielkie morze pełne gówna

Wiele lat temu, płynąc Gangesem przez Indie i Bangladesz, cykając fotki pejzażom na każdym zakręcie i krzywiąc się poczwarnie w swądzie rytualnie palonych zwłok – zrozumiałem.

Rzeko, obmyj mnie, rzeko, zabierz mego męża, rzeko, pochłoń martwe bydło. Ródź białe chmury i wysyłaj daleko nad Europę Wschodnią, do Polski, do Gdańska, niech padają deszczem na włosy lukrowych laseczek i gości w rurkach słuchających eski. Niech cię wdychają tunelowe baby sprzedające kwiaty i wełniane łapcie, i wszyscy inni od morskiego brzegu po niewidzialną granicę Trójmiasta.

I kiedy już stanie się więcej niż jasne, że wszyscy jesteśmy tym samym, spłyniemy naraz do wielkiego morza niby wąziutkie i mętne dorzecza. A co to za morze wiedzą nawet dzieci, psy z kulawą nogą i nikt z twoich znajomych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz