Nieźle byłoby ująć tytuł tego wpisu po angielsku, bo po angielsku wszystko wydaje się brzmieć lepiej. Czasem wszystko wydaje się brzmieć lepiej, gdy w ton całości wmieszane jest słowo „kiedyś”.
Werbalnie czy też nie, „kiedyś” pojawia się nazbyt często w świecie nieodwracalnie pełnym „teraz”. Kiedyś byliśmy młodzi i jędrni. Rodzice płacili nieznane nam kwoty za to, że stalowy kaloryfer pod parapetem pozostaje gorący w środku grudnia. Kiedyś nic nie rozumieliśmy, potem coś rzuciło się nam do gardeł, kazało regulować czynsz, szarpać się z połową świata i mieć problemy zdecydowanie wykraczające poza gówniarskie doświadczenie.
Czas przeszły jest wrogiem, jeśli używać go do pielęgnowania tęsknot i żalu, a pielęgnowanie tęsknot i żalu – słabością i marnotrawstwem czasu. Do szkoły wraca się na zjazd absolwentów, by sprawdzić, jak inni radzą sobie z tobołkiem pełnym kamiennej i obcej beztroski, by obrobić im dupę, jeśli męczą się bardziej niż my lub znienawidzić, jeśli wręcz przeciwnie.
Tytuł tego wpisu pewnie brzmiałby lepiej po angielsku, ale coś mi mówi, że to nie zmieni niczego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz