2011/02/03

karaoke

Jako człowiek kontrowersyjny chadzam czasem na karaoke. Rzecz oczywista, nie śpiewam, zachowując swoją mizantropiczną godność. Rzecz równie oczywista, nie chadzam tam z własnej woli. Wloką mnie tam jasne, żywe postacie, mające chętkę na życie czerpane pełnymi garściami, na kąpiel nago w refleksach luny, na skoki bungee, wspinaczkę górską, czy pląsy na klubowych parkietach monciaka.


Pośród wokalnych gwałtów i quasi-pijackich wywijasów chłopców rasy białych koszul/białych adidasów/jasnych dżinsów – jest dokładnie tak samo, jak poza lokalem: ludzie próbują wykoleić tramwaj, stworzyć alternatywę do obyczajowego filmu, w którym biorą udział, a który męczy ich jak drzazga pod paznokciem małego palca lewej stopy. Nie strzepiesz jednak z siebie cienia, synu. To nie okruszki po drożdżówce.


Cień, o którym mowa, różne ma oblicza. Im prędzej się zaprzyjaźnicie, tym prędzej pogodzisz się z faktem, że fotka z rozwartymi warami i dłonią uzbrojoną w czerwone pazury wsparte ponętnie na twarzy nie zbliża cię do Paris Hilton, Jessici Alby czy Patrycji Markowskiej, a depilacja klaty, pleców i łona najostrzejszą brzytwą nie nada ci gładkości Christiano Ronaldo.


Jeśli myślisz sobie, że mam coś do twojej zabawy, do wpisów na fejsie „uwielbiam imprezki!” – pomyłka, Winnetou, baw się, jeśli lubisz. Ja na karaoke śpiewam tylko w kiblu.

1 komentarz: