Rozkład natury człowieka na czynniki pierwsze spędza mi sen z powiek. Nie są to jednak powieki studenta pierwszego roku psychologii, który wszem i wobec ogłasza, że oto rozpoczyna pierwszy etap drążenia precyzyjnej dziury w ludzkim ja. Zdecydowanie bardziej pociągająca jest obserwacja z ukrycia oraz publikacja wyników analiz na łamach własnego jestestwa.
Tramwaj. Duo zafajdanych zboczków to facet z wózkiem i jowialny dziad. Na przynętę wystawia się modna licealistka, na pierwszy rzut oka arcymistrzyni w materii naiwnej głupkowatości.
Dziad pierwszy. Klepie się z zachętą po udzie, mówi, by usiadła, bo co tak będzie stała. Normalnie w takich sytuacjach przesranka na dzielnicy, jednak nie tutaj: dziewuszka śmieje się i dokazuje, że nie, ona cały dzień siedziała, bo z podróży.
Na te słowa facet z wózkiem – na uroczej pozycji tatusia z dzidziusiem – podchwytuje temat i niesie go w nieznane: z podróży? a skąd? a walizka taka duża, to pewnie długi urlop. Słowem, jeden z tych celebrytów, którzy trafiają na pierwsze strony gazet z czarnym jak smoła prostokącikiem na oczach.
Po co się odzywają? Dlaczego zaczepiają obcą osobę? Są z innego świata? Nie rozumieją, że nieznany człowiek to niegodny zaufania, protekcjonalny potwór? Że kiedy ktoś idzie za tobą wieczorem na pustej ulicy, chcesz biec, bo już czujesz nad sobą przytępiony toporek?
Na odchodne dziad klepie się po udzie, sepleni coś o miłej pani, gdy modnisia wysiada w chichotach i pąsach. Mam szczerą nadzieję, że to nie jest jej przystanek – że musi uciec, zanim puści pawia.
2011/01/27
wielkie morze pełne gówna
Wiele lat temu, płynąc Gangesem przez Indie i Bangladesz, cykając fotki pejzażom na każdym zakręcie i krzywiąc się poczwarnie w swądzie rytualnie palonych zwłok – zrozumiałem.
Rzeko, obmyj mnie, rzeko, zabierz mego męża, rzeko, pochłoń martwe bydło. Ródź białe chmury i wysyłaj daleko nad Europę Wschodnią, do Polski, do Gdańska, niech padają deszczem na włosy lukrowych laseczek i gości w rurkach słuchających eski. Niech cię wdychają tunelowe baby sprzedające kwiaty i wełniane łapcie, i wszyscy inni od morskiego brzegu po niewidzialną granicę Trójmiasta.
I kiedy już stanie się więcej niż jasne, że wszyscy jesteśmy tym samym, spłyniemy naraz do wielkiego morza niby wąziutkie i mętne dorzecza. A co to za morze wiedzą nawet dzieci, psy z kulawą nogą i nikt z twoich znajomych.
2011/01/16
wymięte wycieruchy
W naturze istoty myślącej jest pytać. Ulubione pytanie dziecka to „dlaczego?”. Nie ma w tym nic, co wymagałoby więcej niż trzech zdań wymądrzania się.
Jednakowoż na przekór zdroworozsądkowej postawie, co jakiś czas, w losowych okolicznościach wyciągamy spod szafy wycieruchy. Czy jesteśmy sami we wszechświecie? Czy Bóg istnieje? Czy wszystko płynie? Dlaczego cierpimy? Dlaczego niektórzy rodzą się z kijem od miotły w dupie? I przede wszystkim – jeśli pochodzimy od małp, dlaczego nie wszyscy lubią banany?
Znakomitym źródłem odpowiedzi wydaje się być filozofia. Ale nim nie jest. Wyśmienitym okładem na duszę łaknącą odpowiedzi zdaje się być 40-procentowy alkohol. I to wyjście jednak nie jest pozbawione mankamentów.
Dziwne, że fakt niemożności poznania jednoznacznie prawdziwych odpowiedzi nie wystarcza, by powrócić do drapania się po brzuchu i jednocześnie nigdy nie wracać do wymiętych przez tysiąclecia zagwozdek. Niektórym małpkom ciągle się wydaje, że latają, huśtając się na wysoko rosnącej gałęzi.
Jednakowoż na przekór zdroworozsądkowej postawie, co jakiś czas, w losowych okolicznościach wyciągamy spod szafy wycieruchy. Czy jesteśmy sami we wszechświecie? Czy Bóg istnieje? Czy wszystko płynie? Dlaczego cierpimy? Dlaczego niektórzy rodzą się z kijem od miotły w dupie? I przede wszystkim – jeśli pochodzimy od małp, dlaczego nie wszyscy lubią banany?
Znakomitym źródłem odpowiedzi wydaje się być filozofia. Ale nim nie jest. Wyśmienitym okładem na duszę łaknącą odpowiedzi zdaje się być 40-procentowy alkohol. I to wyjście jednak nie jest pozbawione mankamentów.
Dziwne, że fakt niemożności poznania jednoznacznie prawdziwych odpowiedzi nie wystarcza, by powrócić do drapania się po brzuchu i jednocześnie nigdy nie wracać do wymiętych przez tysiąclecia zagwozdek. Niektórym małpkom ciągle się wydaje, że latają, huśtając się na wysoko rosnącej gałęzi.
2011/01/11
martes
Dzisiaj jest martes, wczoraj był poniedziałek. W wiadomościach trwająca od kwietnia moda na katastrofy lotnicze. W autobusie Susan Sarandon ufarbowana na ciemny kasztan. Na przystanku tłum: młode kobiety, gimnazjaliści, faceci i stara baba. Już wiem, kto obok mnie usiądzie.
Sposób, w jaki to zrobi, to mistrzostwo. Pierwsza wejdzie do środka, z miejsca uaktywniając radar. Trafi do mnie po 2.3 sekundy. Postawi torebkę na wolne siedzenie obok mnie (gdyby mogła, oznaczyłaby je moczem). Westchnie z ulgą, że znów się udało. Zacznie grzebać w torebce, po czym zrezygnuje. Zdejmie rękawiczki. Znów zacznie grzebać w torebce. Wyciągnie jakąś książkę, z niej bilet. Rozejrzy się w lewo i w prawo, badając, do którego kasownika bliżej. Skasuje bilet, zacznie go oglądać. Rzuci uwagę, że nic na nim nie widać. Schowa go do książki, książkę do torebki. Wszytko to nad moją głową.
Kiedy usiądzie, stanie się przeszłością. Zwyczajnie, babsko przestanie istnieć. Przyszłość i przeszłość, ból i ekstaza, wielka niewiadoma i wielka dziura. Teraźniejszość istnieje, teraźniejszość nie istnieje, zapomnij o przeszłości, pamiętaj o przyszłości, sikaj na stojaka, prostuj plecy, biegnij. Dzisiaj jest martes, jutro będzie środa.
2011/01/04
przełom
Wiem już, czego chcę, wiem już, czego nie – podśpiewuje przy ognisku Patrycja M., córka swego ojca, poszukiwana w pięciu emiratach arabskich za kopiowanie bardziej utalentowanych koleżanek. Cieszę się, że Patrycja wreszcie zrozumiała, pojęła i ogarnęła. Życiowe gniazdko ze szmatek i śliny nareszcie przestało niszczyć jej skórę.
Tak jak w życiu Patrycji, i w naszym następuje mistyczny coroczny przełom. Woda do zmywania garów wydaje się cieplejsza, RMF puszcza same dobre kawałki, maleje chęć masowego morderstwa grupy studentów cisnących się w przejściu między przedziałami, toczących rozmowy na temat Rumunów i cycków swojej koleżanki, denaturat poczyna rozlewać się w trzewiach słodko jak zmrożona Finlandia Cranberry.
Naturalnie tylko czekać na kopa w dupę od losu. Jednak nie ma co marudzić: trzeba się cieszyć i czynić noworoczne postanowienia. Wyjadę stąd, kochanie, wyjadę bardzo, bardzo daleko. Znajdę sens i pracę za osiemset tysięcy pesos.
Białe morskie ptaszyska szaleją nad głowami, Bałtyk zamarza i taje. Przełomu nie będzie, ale się nie przejmuj.
Tak jak w życiu Patrycji, i w naszym następuje mistyczny coroczny przełom. Woda do zmywania garów wydaje się cieplejsza, RMF puszcza same dobre kawałki, maleje chęć masowego morderstwa grupy studentów cisnących się w przejściu między przedziałami, toczących rozmowy na temat Rumunów i cycków swojej koleżanki, denaturat poczyna rozlewać się w trzewiach słodko jak zmrożona Finlandia Cranberry.
Naturalnie tylko czekać na kopa w dupę od losu. Jednak nie ma co marudzić: trzeba się cieszyć i czynić noworoczne postanowienia. Wyjadę stąd, kochanie, wyjadę bardzo, bardzo daleko. Znajdę sens i pracę za osiemset tysięcy pesos.
Białe morskie ptaszyska szaleją nad głowami, Bałtyk zamarza i taje. Przełomu nie będzie, ale się nie przejmuj.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)