2011/03/30

chodnik

Głupia sprawa z tym byciem w centrum uwagi. To jedna z tych rzeczy, których się domagasz i z tych zarazem, które nie są do niczego potrzebne. Jak na prawdziwą ułomność przystało, ma spore problemy z utrzymaniem pozorów wartości. Słońce, które świeci jasno, ostatecznie ma w słonecznej dupie ciała niebieskie plączące się po orbitach. Te z kolei są przekonane, że dostąpiły zaszczytu.


Ewolucja mieszczańskich postaw i zachowań ustawiła szaraków u dna towarzyskiej hierarchii. Mało kto stosuje pradawny dobór wartościowego otoczenia. Rośnie strach wśród tłuszczy, narasta masowa iluzja, że klasa człowieka opiera się na fundamencie bycia tym samym, co wszystko dokoła.  


Tymczasem najciekawsi są ludzie zupełnie nieciekawi, a po zimie najbardziej cieszę się z chodnika. Jest kwintesencją przyziemności, przed którą tak drżymy, ponadczasową i prostoduszną atrakcją.

2011/03/19

pusta szafa szafiarki

Czarno-śmieszą mnie dwie rzeczy: śmierć od udławienia się groszkiem i szafiarki. Dlaczego „czarno-śmieszą”? Bo w zasadzie nie ma w nich nic śmiesznego, a uczucie, które towarzyszy obu zjawiskom to czyste niedowierzanie.


Jako że refleksję nad wykitowaniem od zadławienia można spokojnie pominąć (chyba każdy się zgodzi, że niewiele jest tak absurdalnych form śmierci), tak obok szafiarek nie sposób przejść obojętnie.


Pomijając fakt, że istnieją na tym padole kobiety, które poświęcają swój czas na kult szmaty, należałoby zwrócić uwagę na inny wymiar zjawiska. Zaraz, czyżbym się zagalopował? Nie ma innego wymiaru zjawiska.


Nie jestem pewien, czy każda z tych dziewczyn została uprowadzona przez kosmitów, czy też ich rodzice postanowili wpoić im szczytne wartości materializmu i gówno wartych elementów namacalnej codzienności. Być może jedno i drugie, być może nic z tych rzeczy. Bez znacznego ryzyka pomyłki jestem gotów założyć, że każda z pań szafiarek ma sprecyzowaną filozofię działania i potrafi usprawiedliwić próżność lub kompleksy niekłamaną pasją – meandrami przyodziewku na tle dziejów. Szczerze powiedziawszy, na każde z tych wytłumaczeń śmiało można się wyrzygać.


Naturalnie, spojrzawszy pobłażliwym okiem, da się powiedzieć: to hobby. Ludzie grają w gry online na amfetaminie, kolekcjonują sztuczne penisy, piszą prowadzące donikąd blogi z lukrem w tle – i zapewne to również podciągnąć można pod formę marnotrawstwa czasu.


Nic tak jednak nie dobija, jak marnotrawstwo czasu, które z większą lub mniejszą żarłocznością staje się przedziwnie naiwnym sposobem na powiedzenie sobie „jestem wyjątkowa”.

2011/03/17

dzień z życia (bez puenty)

Tramwaj. Dwie grzeczne chichotki rozmawiają o tym, jak nie lubią śmierdzących ludzi podróżujących komunikacją miejską. Dobrodusznie zauważają, że „trudno, tacy też jeżdżą, żeby się ogrzać”. Po chwili wychodzi na jaw, że śmierdzi wszystko: papierosy, kluby, pijani chłopcy wyrywający śmietniki, stoczniowcy na przystanku i stare małżeństwa.


Autobus. Pan kierowca rozrywa radiem. Eremef tłucze reklamy o menstruacji, parkietach podłogowych i pigułce na płaski brzuch, po czym puszcza jakieś gówno, by wszyscy mogli śpiewać. Laski z tyłu marudzą jak im niewygodnie. Laska z boku czyta Cosmo (jest już na 5 stronie, ogląda obrazki i planuje wypad na zakupy po właśnie takie pończoszki). Laska z przodu kęsami dżdżownicy skubie jabłko na obiad, jako że chce mieć ten sam płaski brzuch z reklamy pigułek.


Przystanek. Tylko w rodzinnym mieście może być tak ciemno. Skuty asfalt, rozkopana ziemia, roboty drogowe, świat po kataklizmie. A w głowie taki obrazek z wakacji: piąta nad ranem, chyba sto lat temu, samo centrum miasta i wokół nikogo.

2011/03/15

freudowska pomyłka

Spotkałem gościa, który chlubił się zgłębieniem dzieł Freuda, studiowaniem psychoanalizy w przewie na bułę z suchą krakowską. Ten sam gość przez tydzień dochodził do siebie, kiedy dowiedział się, że jego dobra koleżanka okazała się być homo. Nie wiedział, co począć. Walił pytaniami w twardą ścianę jej pobłażliwego uśmieszku. Wspierał głowę na bladych rękach. Wyżymał mózg w poszukiwaniu choć jednej kropli wytłumaczenia.

Ciekawe, co Grzesiu sobie wtedy myślał – zakapior, homofob, dżudoka, rasista, dusza człowiek. Czy naprawdę szukał odpowiedzi, czy też sposobu, by nie wyjść z siebie i nie okazać całej swej pogardy. Jako ktoś, kto za sprawą kilku setek kartek pokrytych drukiem posiadł tajemnicę ludzkiej natury, okrutnie głowił się nad laską, która woli laski.

Jest coś ponurego w relacji między postrzeganiem siebie a rzeczywistością. Jest coś zastanawiającego w tym, że czasem ktoś rzuci: „Nienawidzę czarnuchów i pedałów, a nazistów bym powystrzelał.” Ale poza tym jesteśmy całkiem fajni.

2011/03/10

homo jęczens

Jeśli przystawiono by mi dwururkę do skroni i kazano wybrać najbardziej męczącą, destrukcyjną i zwodniczą cechę ludzką, bez sekundy wahania wskazałbym jęczenie.

Najmniejszy szczegół każdego smutnego życia ma swoją przyczynę w jęczeniu. Nie mylmy w tym miejscu jęczenia z narzekaniem. Co innego narzekać, że pada, a co innego jęczeć trzeci raz w tygodniu, że znów leje i nie mogę już tego znieść, więc wydupcę na wieki z tego cuchnącego kraju, by na włoskiej riwierze opalić sobie klatę na węgiel, grywając w plażówkę w hawajskich, różowych szortach.

Ludzie rzucają się w sobie, szarpią, że brak im pieniędzy, murzyńskiego penisa czy łatwej tipsiary, że nic nie wiadomo i nie znajdą pracy, że gardzą systemem i pragną ucieczki. Toczą wewnętrzne szekspirowskie dramaty. Z posępnym wzrokiem i sercem z ołowiu ryczą w niebiosa: „Nic mi się nie uda, bo mam nos jak ziemniak”, „Nie tak miało wyglądać moje życie jak w Madrycie”, „Nigdy nie będę mieć takiego sweterka jak ta super laseczka z bloga o piciu kawy i wydawaniu kasy na nieziemską odzież wierzchnią”.

Tymczasem, nie tak znów daleko, pan o znajomej odstręczającej twarzy wybiera ze śmietnika, afrykańskie dzieci ważą tyle, co rowerek twojego syneczka, ludzie chorują na niemożliwie okrutne choroby, tracą wszystko albo noszą brzemię czynów nieco bardziej przerażających niż to, że kiedy byłeś mały zatłukłeś kotka cegłą.

Niektórym małpkom przydałoby się narysować to i owo, bardzo wyraźnie, białą kredą na czarnej tablicy i mówić do nich niespiesznie, sylabami, z boską cierpliwością. Może wtedy któraś zauważy, że gdzieś przecież istnieje gówno tak śmierdzące, że każde inne przy nim to markowy perfum.

2011/03/01

pustynia cukru

Podobno zima się skończy. Śnieg wsiąknie w ziemię, ukazując skarby: przebiegle pozostawione na trawnikach kupska futrzastych pupili, śmieci, które nie znalazły drogi do recyklingowego obiegu. To nie tak, że wszędzie widzę syf. Tak po prostu będzie.

Naturalnie, obudzą się kwiaty, zwierzęta, zielone i kolorowe istoty, deszcz będzie coraz cieplejszy, a słońce nad pustynią silniejsze. Nie dać się zwieść wiosennej wacie cukrowej to nie lada wyczyn. Zegarki na wielkich srebrnych bransoletach, gust muzyczny taboretu, galeria bałtycka i emo młodzież kopiująca zachodnie trendy sprzed stu lat – nie spłyną do rynsztoka wraz z pierwszą odwilżą.

Na pustyni karawanę spotkasz raz na dwa tygodnie. Tutaj co chwila karawany pogrzebowe suną niezwłocznie i w bardzo istotnych kierunkach, wlokąc na pace osobowości, poczucie humoru, dystans, umiejętność inteligentnego milczenia, poszanowanie własnej dupy, poetyckie wartości i pierwotne instynkty. Ptaszki śpiewają, że skowronek odwali w tym roku kitę ze smutku, bo nikt go już nie słucha.