Kiedy podążam mrocznymi gościńcami galerii – wśród pokątnego handlu smrodami, szmatami i żarciem – nieraz napotykam to, czego się boję, co wisi nade mną i sapie, czai się, wabiąc śmierdzącym kawałkiem Pont-l'Évêque.
Prawdziwych rycerzy policzysz na palcach. Kryją się przed tłuszczą na samym końcu tramwaju, mdli ich w marketach, mdli ich w dyskotekach, stosują kolorowe blogi do walki z systemem. Cała reszta chadza z kolegami na zakupy, pryska testerami w nadgarstki i wymienia opinie, dopasowuje buty do koloru oczu, profiluje bródki niczym kręgi w zbożu.
Strach ściska mi gardło, kiedy pomyślę, że kiedyś zdybie mnie gładka i pachnąca otchłań, stanę się ofiarą wąsatego akwizytora gejozy. Na moim czole rozgrzanym żelazem wypali znak bestii – ponurą cipkę z ludzkimi oczami.