2010/11/25
od jaja
Ab ovo, nie mamy celu. Naszym celem jest nic. Kto by pomyślał. Nikt. Naszym celem jest zaparzenie wody na herbatę, upranie bielizny, zajęcie się dzieckiem. Prześcigamy się w umiejętnościach nie zauważania nikogo, nie okazywania niczego. Wyjeżdżamy stąd. Na zachód, zachód, zachód. Nic tam nie ma.
Ab ovo, nadajemy sens. Nadajemy z naszych własnych kosmicznych stacji audycje o miłości, o rzeźbieniu w gównie dla nieprzyjemności. Znosimy, nosimy. Syzyf może się od nas uczyć, skurwysyn.
Pewnie jest też coś dobrego. Czai się i rozbłyska co jakiś czas jak epileptyczny stroboskop.
2010/11/22
profesor
Kofeinizacja społeczeństwa - pisał Marcus Lloyds, profesor Uniwersytetu Stanu Michigan - sięgnęła zenitu pod koniec wieku XIX. Potem było już tylko gorzej.
Gdyby poczciwy staruszek (i kolekcjoner ołowianych figurek zakochany w Andersenie) żył do dziś, dysponowałby zapewne pokaźną listą tego typu zenitów i ich przekroczeń. Obok kofeinizacji pojawić by się mogły amerykanizacja, kastracja mentalna, bezguście, zakupizacja, blogizacja, poetyzacja, alkoholizacja, czy szeroko pojęta dupodawacja. Oczywiście, zacny członek stanowego ciała pedagogicznego nie zyskałby dzięki temu nic, prócz etykiety moralizatora i ilościowej zwyżki swoich nic nieznaczących publikacji z dziedziny socjologii.
Pijał kawę w ilościach zastraszających. Chadzał do galerii handlowych, gdzie z milczącą radością witał klimat świąt bożonarodzeniowych już na początku listopada. Brał nadgodziny i sam sprzątał swój uniwersytecki pokój. Nie miał bloga, ale pisał wiersze. Gówniane.
Nic z tego nie wynika, donikąd to nie prowadzi. Profesor nie żyje, niech żyje profesor.
2010/11/15
nina nastasia
Wypierdalać.
łukowata droga z lamp
Opacka ciągnie się między parkiem a cmentarzem, zielenią a kamienną szarością, Nilem a Styksem. Zaszyta pod skórą ludzi każe patrzeć na rozkwit, mając rozkład za plecami i patrzeć na rozkład, za plecami mając rozkwit. Nie ma mowy o podobieństwie tych stanów.
Kiedy już zgrzybieję, osamotnieję i będę rozpaczał nad sobą, pił rum z colą do śniadania, chodził o lasce z pozłacaną główką, wyobrażając sobie, jak tłukę nią w tyłek młode dziewczęta, świat stanie się najbardziej niepotrzebnym z gadżetów, a niebiosa sms-em natarczywie obiecującym wygraną – Opacka powróci jak dawno niewidziana, brzydka sąsiadka, pokazać się od jeszcze gorszej strony.
Jeśli to piszę, jeszcze żyję. Może jutro przejedzie mnie walec, spadnie mi na głowę meteoryt. Po zmroku zapalają lampy. Chodnik nie ma końca, skręca lekko, ale nie wiem, co jest dalej. Nie pytaj mnie, bejbe, nie każ odpowiadać. Czekaj na swój zgon, bo nastąpi, jak dwa i dwa to pięć.
2010/11/04
spalić pałac, zdemolować pub
He Pah Wo, kronikarz chińskiej dynastii Shang, na kartach księgi pisał:
Cesarz, zebrawszy ze swoimi córkami wczesne liście wiśni, by parzyć z nich napój, nabawił się kokluszu, a schodząc z białego od kwiatów urwiska skręcił nogę w kostce. Przekonany, że umrze, kazał ściąć wszystkie drzewa wiśniowe i rozdać wieśniakom na opał. W drzewach wiśni bowiem ujrzał przyczynę swojej mającej nadejść śmierci. W kilka dni później pałac spłonął doszczętnie od drew porżniętych drobno, ułożonych wokół murów. Lud obalił władcę, który zresztą dzień po karczowaniu ozdrowiał cudownie i płakał nad wiśniowym lasem. (...)
Christy Brown z „Mojej lewej stopy” też miał problemy – inne niż ludzi z pierwszego akapitu i cesarza, który nie istniał. Kazał braciom zdemolować pub, bazgrał kredą po ziemi i ostatecznie miał to w dupie. To znaczy chyba był szczęśliwy.