2011/02/23

biegnij do światła

Kolejka miejska odjeżdża za całe 5 minut, ale wszyscy lecą w górę po schodach z tunelu jakby była to ostatnia kolejka w ich życiu. Lecą na złamanie karku – do galerii, do domu, do żony, męża, pustej lodówy, ciszy i telewizji. Tylko ta laska z fioletową chustką na szyi idzie jakby nigdy nic. Skrycie pogardza tłuszczą sunącą w kierunku wagonów.

Zielone światło nabija się z nas od kiedy pamiętam. Jezdnia to jakieś 6-10 kroków po pasach. Czerwone światło to pesymistycznie patrząc jakieś 60-120 sekund oczekiwania.

- Nie lubię czekać.
- A co lubisz?
- Lubię dać się zaszczuć zielonemu światełku, zastrzyk adrenaliny, poczucie misji dotarcia na drugą stronę i radość, że dało radę przed czerwonym.
- Oczywiście, rozumiem. To może po prostu kup sobie wielki wybieg dla wielkiego chomika, którym jesteś i leć przed siebie aż zdechniesz.
- Nie bądź głupi, nie ma takich wybiegów.

Laska z fioletową chustką na szyi przypomina sobie, że mieszka w New York City, że jeśli nie zdąży, być może ktoś zwinie jej sprzed nosa te szare trzewiki na obcasie. Lepiej być wcześniej tam, dokąd się zmierza. Chwytaj chwilę, mała. Zajebią ci buty i będziesz smutna.

2011/02/17

nie wrócisz do szkoły

Nieźle byłoby ująć tytuł tego wpisu po angielsku, bo po angielsku wszystko wydaje się brzmieć lepiej. Czasem wszystko wydaje się brzmieć lepiej, gdy w ton całości wmieszane jest słowo „kiedyś”.

Werbalnie czy też nie, „kiedyś” pojawia się nazbyt często w świecie nieodwracalnie pełnym „teraz”. Kiedyś byliśmy młodzi i jędrni. Rodzice płacili nieznane nam kwoty za to, że stalowy kaloryfer pod parapetem pozostaje gorący w środku grudnia. Kiedyś nic nie rozumieliśmy, potem coś rzuciło się nam do gardeł, kazało regulować czynsz, szarpać się z połową świata i mieć problemy zdecydowanie wykraczające poza gówniarskie doświadczenie.


Czas przeszły jest wrogiem, jeśli używać go do pielęgnowania tęsknot i żalu, a pielęgnowanie tęsknot i żalu – słabością i marnotrawstwem czasu. Do szkoły wraca się na zjazd absolwentów, by sprawdzić, jak inni radzą sobie z tobołkiem pełnym kamiennej i obcej beztroski, by obrobić im dupę, jeśli męczą się bardziej niż my lub znienawidzić, jeśli wręcz przeciwnie.


Tytuł tego wpisu pewnie brzmiałby lepiej po angielsku, ale coś mi mówi, że to nie zmieni niczego.


ostatnia żyjąca królowa polly

2011/02/08

zapytaj mniejcukru

Po ostatnim wpisie otrzymałem multum maili.

Joanna z Bytowa pyta, czy to bardzo źle, jeśli pomyślała przez króciutką chwilę „Dobrze ci tak, gnoju”, gdy jej młodszy kolega z pracy złamał nogę, przez co nie mógł udać się z szefostwem w Alpy grać w squasha i lepić bałwany.

Odp.: Nie, Joasiu, wszystko jest OK, dopóki nie okaże się, że to uraz permanentny, a kolega do końca życia będzie chodził o lasce ze złotą główką. Wtedy inna sprawa. Wtedy się usmażysz.

Pewna starsza pani, która pragnęła zachować dyskrecję, chciałaby wiedzieć, co myślą o niej koleżanki z kółka.

Odp.: Nie czytam w myślach.

„Drogi autorze. Od pewnego czasu zaglądam do twojego pożałowania godnego kącika skarg i zażaleń i dochodzę do wniosku, że jesteś żałosny. W dodatku podejrzewam, że masz małego fiutka, co rzutuje na wymiar twojego jęczenia. Nigdy nikomu źle nie życzyłem, nie noszę też rurek i nie chadzam z kolegami na zakupy w galerii. To smutne, że istnieją ludzie tak zamknięci w sobie i zgorzkniali jak ty.”

Odp.: :(

2011/02/06

co nas uszczęśliwia

Oprócz ludzi przewracających się na chodniku, mało utalentowanych kandydatów do programów telewizyjnych poszukujących talentów, oprócz amerykańskich serii komediowych z pierdzeniem i jaraniem blantów w tle czy imprez z reddsem, macaniem i rzyganiem z akademickiego okna – co nas bawi, cieszy, wychowuje?

Niepowodzenie innych – coś, co na bank znajdzie się na niejednym podium w hierarchii czynników rodzących poczwarny, wewnętrzny uśmiech. Dostałeś w dupę, to straszne, stary. Tak mi przykro, że cię zwolnili, moja do wczoraj ustawiona koleżanko. Jestem z tobą, mój odrzucony, żałosny kolego. Nic tak nie prostuje pleców i nie podnosi oczu do słońca jak znajoma osoba złapana za mordę i ściągnięta w ciemną dziurę szeroko rozumianego upadku. Oczywiście wiem, że ciebie to wszystko nie dotyczy.

Ułożone życie rodzinne, partnerska symbioza, wypłata wystarczająca na spłatę kredytów, iPhone z allegro czy pokaźna lista znajomych na fejsie również są w porządku, jednak to – rzekłbyś – standard, pakiet podstawowy. Radości wyklętej, spoza podręczników, nie ujrzysz na twarzy. Jest ukryta, brudna i ssie cyc szatana.

2011/02/03

karaoke

Jako człowiek kontrowersyjny chadzam czasem na karaoke. Rzecz oczywista, nie śpiewam, zachowując swoją mizantropiczną godność. Rzecz równie oczywista, nie chadzam tam z własnej woli. Wloką mnie tam jasne, żywe postacie, mające chętkę na życie czerpane pełnymi garściami, na kąpiel nago w refleksach luny, na skoki bungee, wspinaczkę górską, czy pląsy na klubowych parkietach monciaka.


Pośród wokalnych gwałtów i quasi-pijackich wywijasów chłopców rasy białych koszul/białych adidasów/jasnych dżinsów – jest dokładnie tak samo, jak poza lokalem: ludzie próbują wykoleić tramwaj, stworzyć alternatywę do obyczajowego filmu, w którym biorą udział, a który męczy ich jak drzazga pod paznokciem małego palca lewej stopy. Nie strzepiesz jednak z siebie cienia, synu. To nie okruszki po drożdżówce.


Cień, o którym mowa, różne ma oblicza. Im prędzej się zaprzyjaźnicie, tym prędzej pogodzisz się z faktem, że fotka z rozwartymi warami i dłonią uzbrojoną w czerwone pazury wsparte ponętnie na twarzy nie zbliża cię do Paris Hilton, Jessici Alby czy Patrycji Markowskiej, a depilacja klaty, pleców i łona najostrzejszą brzytwą nie nada ci gładkości Christiano Ronaldo.


Jeśli myślisz sobie, że mam coś do twojej zabawy, do wpisów na fejsie „uwielbiam imprezki!” – pomyłka, Winnetou, baw się, jeśli lubisz. Ja na karaoke śpiewam tylko w kiblu.