2010/10/25

lechia panie

Podróże komunikacją miejską - bardziej owocne w przygody niż niejedna lanserka w krajach orientu - nie przestają mnie rozrywać.

Jadąc do dawno niewidzianego kolegi, wpadłem w jednym z autobusów na grupę młodzianów kibicujących miejscowej prężnej drużynie. Niepomni szaremu, sunącemu gdzieś otoczeniu, roztaczali pozytyw pieśniami - zaczynając od znanej i lubianej "Lechia, Wisła, Drwęca, Odra - każda wspiera tamę bobra", a kończąc na podniosłej "Chyżo do grabi, bracia lechiści - jesień wokół, ileż liści".

Parę przystanków dalej pożegnali się środkowym palcem z pewną starszą panią, która twierdziła, że śpiewają nieco za głośno i zniknęli we mgle.

Mazeł tow, koledzy!

2010/10/20

chapman

Widziałem Chapmana w tramwaju numer 9. Stał naprzeciw mnie, na kolistym łączeniu tramwajowych sekcji. Oczy miał spokojne, ale to był on. W takich chwilach muszę walczyć ze sobą, żeby nie wysiąść, bo siada mi na bani. To samo, gdy widzę człowieka Wschodu, dajmy na to z czarną torbą na ramieniu. Siedzę i wyobrażam sobie jak wybuch rozrywa mnie w sekundę i zostaje po mnie uzębienie.

Uciekłem Chapmanowi, nie wyszedł za mną i nie śledził mnie w parku. Mam nadzieję, że nie znalazł Lennona. Nawet okulary miał te same.


2010/10/18

110

Autobusem 110 ludzie odlatują. Wsiadając do 110, wsiadają na pokład, rozpoczynają swój pierwszy lub kolejny tani lot.

Nie ma chyba w Gdańsku bardziej przygnębiającej i radosnej linii komunikacyjnej. Ci, którzy o 5 rano wystawali w mrozie na przystanku, czekając na współczesnego Charona, potwierdzą. Ci, którzy wracali skąd-bądź po latach czy dniach zresztą też.

Podobno liczby coś w sobie kryją. Jeden-jeden-zero. Doskonałość-doskonałość-chaos.